Klaudia Malik, uczennica klasy VI A Zespołu Szkół w Głogowie Młp. została finalistką XXIV Ogólnopolskiego Konkursu im. Jana Parandowskiego, organizowanego przez Polski Komitet Olimpijski od 1989 r. Jest to jedyny nieokazjonalny konkurs na opowiadania o najdłuższej tradycji we współczesnej kulturze olimpijskiej. W 2009 roku uznany został przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski za jedną z najlepszych na świecie inicjatyw edukacyjnych.


Poprzez uczestnictwo w konkursie młodzież szkolna rozwija swoje sportowe zamiłowania, poszerza wiedzę na temat igrzysk olimpijskich i szeroko rozumianego sportu, przenosząc zachowania, emocje, postawy ze sportowego świata do własnego otoczenia, własnego życia. Opowiadania młodzieży pokazują i rozwijają jej potrzeby uczciwej rywalizacji, szacunku dla przeciwnika, niepełnosprawności, zachowania godności w przypadku przegranej, dezaprobaty rasizmu, dopingu i nieuczciwej rywalizacji, uznania dla wysiłku, siły woli, przyjaźni i wspólnoty z innymi ludźmi.
We wtorek, 13 czerwca 2014 r. w Centrum Olimpijskim PKOl im. Jana Pawła II odbyła się jakże miła uroczystość podsumowania wyników i wręczenia nagród laureatom. W tym roku zgłoszono do konkursu łącznie 373 opowiadania (w tym 212 z gimnazjów ze 120 miejscowości i 161 ze szkół podstawowych z 86 miejscowości). Prace laureatów zostały opublikowane w książce , wydanej przez PKOL. Klaudia jest autorką opowiadania pt. ,,Druga strona medalu", które napisała pod kierunkiem p. Bogusława Mularskiego.
Opowiadanie znalazło się w ścisłym finale 20 najlepszych prac konkursowych a oceniało je wyśmienite jury: Jadwiga Pawlak – polonistka, Krzysztof Zuchora – przewodniczący jury - Komisja Kultury i Edukacji Olimpijskiej PKOl, Renata Susałko – Polskie Radio Pr. 1, Komisja Kultury i Edukacji Olimpijskiej PKOl, Tadeusz Rożej – Ministerstwo Sportu i Turystyki

 

,,Druga strona medalu",

- Wasza Nikusia jest taka mądra. Już siódmy raz dostanie stypendium naukowe.
- Czy wiecie, że ma najwyższą średnią w klasie?
Siedziałam w pokoju i przysłuchiwałam się rozmowie mamy i sąsiadów z naprzeciwka. I co z tego, że jestem mądra? Stypendium? E tam, więcej pieniędzy to ja bym zarobiła kosząc trawniki! Zresztą nie jestem jedyna. Oprócz mnie, to jeszcze jakieś dziesięć osób ma stypendia, w czym połowa sportowe. Za co w ogóle są te stypendia sportowe!? Za to, że ktoś ma silne nogi? Albo może za to, że umie biegać i skakać? Totalny bezsens! Przecież na naukę poświęcamy o wiele więcej wysiłku, a dostanie szóstki ze sprawdzianu z historii nie jest kwestią paru minut, lecz godzin. Ja sama zanim wszystko przeczytam, powtórzę definicje, zapamiętam daty, to już ranek zamieni się w wieczór i cały dzień minie mi na siedzeniu z nosem wściubionym w książkach. A inni grają w piłkę na dworze, pływają na basenie lub spacerują z przyjaciółmi. To niesprawiedliwe, że aż tyle osób dostaje stypendia za osiągnięcia sportowe, bo co może być trudnego w kopaniu piłki, bieganiu czy skakaniu?
Lepiej poczytam książkę – pomyślałam i zagłębiłam się w lekturę. Był to jeden z tych cieplejszych, jesiennych dni. Sąsiadki chyba wyszły, bo wokół panowała cisza i spokój. Uwielbiam czytać książki, więc lektura jak zwykle całkowicie mnie pochłonęła, jednak po chwili do moich uszu zaczął dobiegać dziwny miarowy dźwięk. Nagle zdałam sobie sprawę, że piąty raz czytam to samo zdanie. Ze złością wstałam i podeszłam do okna wzrokiem szukając źródła dźwięku. Jakaś czarna postać majacząca w oddali na placu zabaw zawzięcie rzucała piłką do kosza.
Trzeba z tym skończyć – pomyślałam, po czym zbiegłam na dół i z impetem wybiegłam na dwór. Niemal przeskoczyłam następne dwie ulice, ale po chwili zwolniłam, aż w końcu zatrzymałam się całkiem. Ciężko dyszałam i czułam kropelki potu spływające po mych skroniach. Zza rogu zaczął wyłaniać się plac zabaw. Resztkami sił dobiegłam do niego, po czym oparłam się o ogrodzenie i próbowałam złapać oddech. Nagle na boisku do koszykówki dostrzegłam „Źródło Dźwięku", które okazało się być dziewczyną w moim wieku. Gdy podeszłam bliżej zauważyłam, że miała długie, kręcone, rude włosy spięte piękną zieloną spinką tak, by nie opadały jej na twarz. Zauważyłam też, że owa spinka byłą jedynym ładnym elementem ubioru nieznajomej. Bluzka w kolorze granatu całkowicie straciła już swój urok i nawet z daleka widać było jak bardzo jest znoszona. Rozkloszowana spódnica koloru jaskrawej zieleni przyciemniała pod wieloma warstwami plam. Nawet trampki, które niegdyś zapewne były zielone, teraz zmieniły swoją barwę na ciemny odcień szarości.
Dziewczyna stała w odległości kilku metrów od kosza, rzucała do niego piłką i co wydawało mi się dziwne, za każdym razem trafiała. Była spokojna, cierpliwa i opanowana, a zajęcie do tego stopnia ją pochłaniało, że nie zwróciła nawet uwagi, gdy podeszłam w jej kierunku.
- Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale słychać cię na drugim końcu miasta!? Co ty sobie wyobrażasz? Może ktoś próbuje w spokoju coś zrobić, a ty mu przeszkadzasz? Nie możesz zająć się czymś innym? – nakrzyczałam na „Źródło Dźwięku".
Gdy nieznajoma na mnie spojrzała, zobaczyłam przez chwilę strach w jej oczach i na moment zrobiło mi się nawet jej żal. Najwyraźniej dziewczyna wzięła sobie moje słowa do serca, bo włożyła piłkę do dziurawej reklamówki i powłócząc nogami odeszła ze spuszczoną głową, bardzo zawstydzona. Do domu wróciłam zadowolona ciesząc się, że udało mi się rozwiązać problem i w spokoju dokończyłam książkę.
Następnego dnia w szkole okazało się, że „Źródło Dźwięku" ma imię i będzie nową uczennicą w naszej klasie. Sara, bo tak miała na imię dziewczynka, w ogóle mnie nie rozpoznała albo po prostu bardzo dobrze udawała. Przez resztę lekcji patrzyłam na nią z niechęcią myśląc o incydencie z piłką, a do domu wróciłam nadąsana i niezadowolona.
Kolejnego dnia w szkole na w-fie nauczyciel zarządził krótką rozgrzewkę, po której mogliśmy zagrać w naszą ulubioną grę, koszykówkę. Zaczęłyśmy grać i wszystko było jak zawsze dobrze, dopóki Sara nie przejęła piłki. Dziewczyna ją złapała, a chwilę później piłka już lądowała w koszu. I tak było raz, drugi i trzeci. Dziewczyna blokowała, rzucała, przejmowała tak jakby urodziła się z piłką w ręku.
Co ona sobie wyobraża? – pomyślałam. Jest tu nowa, a szarogęsi się jakby się tu urodziła.
Nagle, biegnąc potknęłam się i upadłam. Poczułam piekący ból w kostce, ale mecz trwał dalej. Kątem oka zauważyłam nadbiegającą Sarę. No jasne! Biegnie, żeby zdobyć kolejnego gola. Ale nowa zwolniła, a potem spojrzała w moim kierunku, podała piłkę i podbiegła do mnie.
- W porządku? – zapytała, a potem wyciągnęła rękę pomagając mi wstać. Dziewczyna odprowadziła mnie do higienistki nie zważając na przerwany mecz. Gdy upewniła się, że jestem pod dobrą opieką, wróciła na boisko i szybko odrobiła straty.
Na przerwie Sara została otoczona przez MOJE koleżanki. Nowa znalazła się w centrum uwagi, a ja stałam w kącie i przyglądałam się temu wszystkiemu z niesmakiem. Byłam ogromnie zła, czułam się upokorzona i zdradzona. I to przez najbliższe przyjaciółki! To ja skręciłam kostkę i to mną powinny się zainteresować! Nie zapytały się nawet czy mnie boli! Gdy wróciłam do domu, rzuciłam plecak w kąt i nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia domowników, zamknęłam się w moim pokoju i zaczęłam obmyślać plan.
W czwartkowy ranek postanowiłam z kimś porozmawiać na temat Sary. Jedyną osobą, do której miałam zaufanie była Aurelia, moja najlepsza przyjaciółka.
- Cześć - przywitałam się z Aurelią, gdy zobaczyłam ją idącą do szkoły – musimy pogadać.
- Hejoo! Dzisiaj znowu w-f. Ciekawa jestem jak tym razem poradzi sobie Sara.
Zdenerwowałam się na przyjaciółkę. To ja chcę z nią pogadać, a ona jest zafascynowana wyczynami jakiejś „nowej"?
- Ja nie jestem ciekawa, w ogóle mnie to nie obchodzi – oznajmiłam dosyć głośno – Sara to, Sara tamto. Przyjaźnimy się od przedszkola, a ciebie bardziej obchodzi jakaś dziewczyna, którą znasz jeden dzień. Wczoraj na w-fie miała po prostu szczęście i nic więcej. Założę się, że dzisiaj nie rzuci nawet jednego kosza.
Ostatnie słowa już prawie wykrzyczałam, ale reakcja przyjaciółki ogromnie mnie zaskoczyła.
- Mówisz tak tylko dlatego, że jesteś zazdrosna – krzyknęła Aurelia – w ogóle nie znasz Sary. Jest o wiele milsza od ciebie i nie „rzuca się" na wszystko i wszystkich. To okropne! Myślałam, że jesteś inna!
Stanęłam w miejscu i zdezorientowana patrzyłam na Aurelię, która odeszła szybkim krokiem w stronę budynku szkoły. Myślałam, że zaraz się rozpłaczę, ale wzięłam się w garść i poszłam na lekcje.
W południe, na kolejnym w-fie Sara nadal była gwiazdą, jednak na przedmiotach takich jak matematyka, przyroda czy historia nie radziła sobie w ogóle. Nie potrafiła odpowiedzieć na zdecydowaną większość pytań zadawanych przez nauczycieli. Ja z nikim nie rozmawiałam cały dzień, co więcej wydawało mi się, że wszyscy mnie unikają i obchodzą szerokim łukiem. Po lekcjach udałam się do domu i znów zamknęłam w pokoju. Położyłam się na łóżku i wpatrzona w sufit zaczęłam rozmyślać. Dlaczego wszyscy polubili Sarę? W sumie to byłam chyba jedyna, która nie darzyła jej sympatią. Za co, do licha, ją lubili!? Nie była ładna, ubrania miała stare, znoszone i brzydkie, nie uczyła się dobrze. Jedynym jej atutem był ogromny sportowy talent. No, ale w sumie była nawet miła, do wszystkich odnosiła się przyjaźnie i wszystkim pomagała. A może to ja osądziłam ją zbyt pochopnie? Nie... Miałam przecież powód. Przeszkadzała mi, kiedy czytałam książkę. Chociaż z drugiej strony, rzucanie piłką do kosza na publicznym boisku nie jest zakazane. Kurcze blade! Rzeczywiście byłam dla niej trochę niemiła. Może jakbym zaczęła się do niej odnosić bardziej przyjaźnie, zyskałabym swój utracony autorytet i sympatię „nowej"? Problem w tym, że powiedzieć łatwo, zrobić trudniej.
Nazajutrz bardziej niechętnie niż zwykle zwlokłam się z łóżka. Założyłam przygotowane wcześniej ubrania i zeszłam na dół zjeść śniadanie. Wyszłam na dwór i podążyłam znaną już mi dobrze, wykładaną kamykami drogą do szkoły. W myślach planowałam, co powiem, gdy zobaczę się z Sarą.
Jednak Sara nie przyszła do szkoły. Była nieobecna drugiego dnia i do końca tygodnia. Wychowawczyni stwierdziła, że mieszkam najbliżej Sary i powinnam zanieść jej książki. Niechętnie wzięłam karteczkę z adresem.
Sara mieszkała w starej, przemysłowej dzielnicy, do której zawsze bałam się chodzić o zmroku. Stanęłam przed niską kamieniczką wciśniętą pomiędzy fragmentami fabrycznych zabudowań. Wypalona trawa, sterty piachu, żwiru, gruzu i gdzieniegdzie połamane kawałki drewna stanowiły otoczenie domu. Dom nie miał ogrodzenia, więc bez trudu znalazłam się przed drzwiami. Zaczęłam wzrokiem wypatrywać dzwonka, ale nie znalazłam go, więc po prostu zapukałam. Czekałam dłuższą chwilę, po czym drzwi lekko się rozchyliły i ujrzałam w nich zaskoczoną twarz Sary.
- Wychowawczyni prosiła, abym przyniosła ci zeszyty, bo mieszkam najbliżej – po chwili dodałam – nie zaprosisz mnie do środka?
Dziewczyna otworzyła drzwi trochę szerzej i gestem pokazała, żebym weszła. Przeszłam przez próg i rozejrzałam się dookoła. Pomieszczenie w niczym nie przypominało mojego domu. Było małe i ciasne. Widziałam szereg szafek kuchennych, lodówkę i zlew, a w rogu kanapę i drewniany stolik. Każdy kąt pomieszczenia był wykorzystany, a miejsce przypominało wielką graciarnię. Zaczęłyśmy brnąć przez pokój uważając, aby na nic nie nadepnąć. W malutkim pokoiku Sary stało tylko wąskie łóżko, małe biurko i krzesło, na którym usiadłam i czekałam, podczas gdy Sara w milczeniu przepisywała lekcje.
- Mama w pracy? – zapytałam.
- W ogrodzie – krótko i zwięźle odparła Sara nie podnosząc wzroku znad książek.
Ogrodzie? Dziwne – pomyślałam. - A tata?
Dziewczyna się zawahała i przez chwilę milczała.
- Nie ma. – odparła.
Poczułam się dziwnie.
Początek nowego tygodnia zaczął się od mojej ulubionej lekcji, w-fu. Sara, która wróciła już do szkoły, jak zwykle zagrała świetnie. Tym razem coś się jednak zmieniło. Po wygranym przez drużynę Sary meczu podeszłam do dziewczyny.
- Yyy... Ja... No... Ten... Bo... gratuluję... yyy... udanego meczu – tylko tyle udało mi się wyksztusić. Na szczęście Sara miło się uśmiechnęła, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Przepraszam, że tak się zachowałam, no wtedy, kiedy spotkałam cię na boisku do koszykówki. Nie powinnam była wtedy tak mówić, ale zrobiłam to tak w pośpiechu i złości, że nie zastanawiałam się dłużej nad wagą tych słów. Przykro mi. Może mogłybyśmy zostać koleżankami?
- Nie jestem zła. Dawno już zapomniałam o tej sprawie. Przeprosiłaś, to najważniejsze – mówiła Sara odpowiednio dobierając słowa.
- Bardzo dobrze grasz w koszykówkę, zazdroszczę ci tego. Ja nie gram ani w połowie tak jak ty.
Po tych słowach Sara podniosła na mnie zdziwione spojrzenie.
- Jak to!? Naprawdę jesteś o mnie zazdrosna!? To ja zazdroszczę tobie. Jesteś ładna, masz dobre oceny, fajnie się ubierasz – w tym momencie nie wiem czy mi się przywidziało, ale zdawało mi się, że do oczu Sary napłynęły łzy, lecz bardzo szybko to ukryła odwracając wzrok. Rzeczywiście ciuchami dziewczyna nie mogła się zbytnio popisać. W tej chwili nie miała nawet tej spinki, która trzymała jej włosy, gdy po raz pierwszy ją ujrzałam. W sumie – pomyślałam – gdyby nie umiejętność gry w koszykówkę nigdy nie zdobyłaby uznania innych osób. Kto by chciał się przyjaźnić z rudą, piegowatą dziewczyną ubierającą się w brudne, stare ubrania i chodzącą w rozpadających się trampkach? Z zaskoczeniem odkryłam, że JA chciałam!
- Nie mów tak, jesteś dobra w sporcie, a ja do tego mam dwie lewe ręce.
- Sport to jedyna rzecz, która mi wychodzi. Wiesz, o czym marzę? Chciałabym, żeby mama była ze mnie dumna. Po chwili zamilkła i opuściła głowę.
Ja pogodziłam się z Aurelią, a i inne koleżanki z klasy skróciły dystans wobec mnie. Moja przyjaźń z Sarą ciągle rozkwitała. Często pomagałam jej w nauce i po kilku tygodniach jej oceny się poprawiły, dzięki czemu miała zdecydowanie lepsze samopoczucie i stała się bardziej otwarta. Grając w koszykówkę nie unikała pochwał czy komplementów jak wcześniej, nie chowała głowy jakby chciała powiedzieć „to nic takiego, każdy tak potrafi", przeciwnie, miło się uśmiechała i dziękowała.
Po jakimś czasie wuefista zauważył, że dziewczyna staje się coraz pewniejsza w grze i zaproponował jej udział w wojewódzkich zawodach. Sara nie ukrywała szczęścia i widać było, że na to czekała. Zawody miały odbyć się w następną środę. Niestety cały tydzień pogoda była bardzo brzydka, padał deszcz, było zimno i wietrznie, więc ani na krok nie ruszałam się z domu. Większość czasu spędzałam w pokoju, czytając. Nie mogłam uwierzyć, gdy usłyszałam miarowe odgłosy piłki na boisku. To była Sara, która trenowała do zawodów.
Na zawody pojechałyśmy razem, ponieważ Sara chciała mieć przy sobie bratnią duszę. Cały czas mówiłam jej, aby się nie denerwowała. Dziewczyna została przydzielona do jednej z drużyn, a później już tylko chwile dzieliły nas od rozpoczęcia meczu. Rozległ się przeciągły gwizd sędziego. Zaczęło się. Nim ktokolwiek spostrzegł, Sara już biegła w stronę kosza z piłką. I... Gol! Widownia ryknęła ogłuszającym krzykiem. Nikt się nie spodziewał, że pierwszy rzut nastąpi tak szybko. Minęło pół godziny. Był remis 2:2. Jeszcze dziesięć minut i wszystko się rozstrzygnie. Pięć minut... Trzy minuty... Minuta... Napięcie rosło maksymalnie. Dziesięć sekund... Sara przechwytuje piłkę... Pięć sekund... Biegnie z nią do kosza... Trzy sekundy... Rzuca... Sekunda... I gol! Sara wygrała ten mecz. Skakałam i śmiałam się ze szczęścia. Wszyscy po kolei podchodzili i gratulowali Sarze. A ona po raz pierwszy w życiu była naprawdę szczęśliwa.

Od tamtych zawodów minął miesiąc. Siedziałam jak zwykle wieczorem nad książką i już prawie usypiałam, gdy nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Kto by przychodził o tak późnej porze? W drzwiach stanęła Sara, ale zaszła w niej zmiana. Była uśmiechnięta od ucha do ucha. W takim momencie po prostu nie mogłam być na nią zła, że mnie prawie obudziła. Oczekiwałam dobrych wieści.
- Dostanę stypendium, Nika, dostanę stypendium za wybitne osiągnięcia sportowe! Jestem taka szczęśliwa!
Na uroczyste wręczenie stypendiów poszłam z moją przyjaciółką Sarą. Najpierw zostały wręczone stypendia naukowe, później muzyczne, a sportowe burmistrz zostawił na deser. W końcu zostało wyczytane imię Sary, która raźnym krokiem podążyła na scenę. Burmistrz opowiedział o wszystkich osiągnięciach dziewczyny, po czym wręczył jej certyfikat. Sara promieniała na scenie a ja byłam szczęśliwa ze szczęścia mojej przyjaciółki. Po uroczystości podeszła do mnie i szepnęła:
- Dziękuję ci, dzięki tobie widzę, że po coś jestem na tym świecie. Miałaś rację, Nika, marzenia się spełniają tylko trzeba umieć w nie wierzyć i starać się zrobić wszystko, aby je zrealizować. Nigdy nie zapomnę tej chwili. Potem widziałam jak wychodziła z sali wtulona w ramiona mamy.
Ja też nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Uświadomiłam sobie, że zawsze jest jakaś druga strona medalu, jakaś druga prawda, druga racja. Kto zasłużył bardziej na nagrodę? Ja, która mam wszystko, żeby realizować marzenia czy Sara, która nie ma nic? Czyje osiągnięcia są ważniejsze? Moje rewelacyjne oceny, zdobywane bez większego trudu z pomocą korepetytorów czy wygrany mecz Sary, na który ciężko musiała zapracować? Kto wzbudza większy szacunek? Ja, w firmowych conversach czy Sara w podartych trampkach?
Jest pogodny wieczór, znowu czytam w skupieniu książkę i czekam z niecierpliwością na chwilę, gdy za oknem usłyszę moje znajome „źródło dźwięku".

Serdecznie gratuluję Klaudii pomysłu i świetnego wyniku.

Bogusław Mularski - nauczyciel

 

facebook biblioteka

Dziennik

for-fb-synergia-logo kopiowanie

 

Programy

eu flag-erasmus vect pos kopiowanie

alardlabio-778x300

 logo szkola z klasa poziome transparent
eduscience


swiss contribution


przechwytywanie

Polecane strony

bip1

 

 um

mgdk

baner zg

 

 

 men

oke

 cke

 kuratorium

 wyszynski

 

 

mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDzisiaj106
mod_vvisit_counterWczoraj848
mod_vvisit_counterTen miesiąc6411
mod_vvisit_counterPoprzedni miesiąc7521

Aktualnie: gości 20 połączonych
Twoje IP: 44.210.99.209
 , 
Dzisaj jest: 21 Kwi, 2024